Z zasady zazwyczaj staram się trzymać z daleka od polityki i zachować otwarty umysł oraz tolerancyjność. Przychodzą jednak momenty w tak zwanym „życiu społecznym”, że uświadamiam sobie, iż mam pewne własne poglądy i chcę się nimi podzielić z innymi, absolutnie ich nie namawiając czy też nie przekonując do swoich racji. Takim momentem są wszelakie wybory państwowe. Budzi się we mnie wtedy ukryty duch polityczny, zaczynam się przynajmniej trochę angażować, interesować światem zewnętrznym. Poza wyborami mam bowiem wrażenie, że niezależnie od tego, co się dzieje, i tak nie mam w danej chwili na to jakiegokolwiek wpływu. A po co narzekać, denerwować się, stresować, wysilać, jeśli to wszystko i tak nic nie zmieni?