Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, co jest kluczem do dobrego związku. Jakie elementy są najważniejsze, aby dwoje ludzi mogło być ze sobą szczęśliwych, tak na dobre. Na jakiej podstawie ocenić, czy jakiś związek ma sens, czy ma przyszłość. To pytanie pojawiało się też w wielu rozmowach z przyjaciółmi. Wiadomo, że nie ma takiego klucza uniwersalnego, ale sądze, że większość elementów jest wspólna dla wszystkich ludzi. Ten post piszę po to, aby sobie samemu pomóc usystematyzować spojrzenie na tę kwestię, a także aby zachęcić do dyskusji — zarówno znajomych jak i odwiedzających joggerowców. Co byście dodali, jak Wy patrzycie na tę sprawę?

Poniżej krótka lista elementów, które moim zdaniem mają najważniejszą rolę w dobrym związku. Kolejność jest w dużej mierze przypadkowa, nie wynika z tego, na ile ważny jest dany element. Wszystkie są moim zdaniem ważne. Brak każdego z nich, a szczególnie kilku z nich, moim zdaniem może powodować kłopoty. Czasem drobne, ale częściej poważne. Jeśli uważacie, że coś jeszcze jest ważne lub też jeśli się nie zgadzacie z tym, co ja uznałem za istotne, gorąco zachęcam do komentowania. Wasze komentarze są dla mnie naprawdę cenne.

Komunikacja

Jak może istnieć dobry związek, jeśli dwoje ludzi, którzy są razem, nie rozmawiają ze sobą? Jeśli boją się sobie powiedzieć to, co czują lub to, czego chcą? Jeśli ich rozmowy sprowadzają się do spraw przyziemnych, do wszelkich innych tematów niż temat ich własnego związku? Trudno mi to sobie wyobrazić.

Moim zdaniem komunikacja jest jednym z najistotniejszych, jeśli nie najistotniejszym elementem dobrego związku. Bo właśnie dzięki komunikacji można rozwiązać wiele innych problemów. Komunikacja jest niezbędna do tego, aby dwoje ludzi wiedziało, czego od siebie pragną i oczekują. Aby dostrzegali problemy, zanim staną się one poważną kością niezgody. Wreszcie po to, aby czuć się blisko siebie. Partner moim zdaniem powinien być jednocześnie najbliższym przyjacielem. Jeśli zaś z kimś innym czujemy się swobodniej rozmawiając o różnych rzeczach, niż z naszym partnerem, to co to za partner?

Osobiście jestem zwolennikiem komunikacji na spokojnie. To znaczy, unikam o ile tylko to możliwe starć emocjonalnych i kłótni. Oczywiście każdy ma pod tym względem swój własny model. Niektórzy wolą czasem na siebie pokrzyczeć, żeby wyrzucić emocje i poczuć się oczyszczonymi. To też forma komunikacji, niezależnie od tego na jakim poziomie emocjonalnym jest zrealizowana.

Najgorszą rzeczą, jaką mogę sobie wyobrazić w związku, jest dojście w nim do punktu, w którym nie rozmawia się w ogóle o sobie samych, to znaczy o związku właśnie. Fatalne moim zdaniem jest oczekiwanie od partnera, że się sam wszystkiego domyśli. Równie fatalne jest poczucie, że partnerowi nie można czegoś powiedzieć, bo się np. obrazi czy też źle przyjmie. Taki związek moim zdaniem jest prędzej czy później, jeśli ta komunikacja cudem nie zostanie naprawiona, skazany na porażkę...

Poczucie bliskości

To akurat element, który jest częściej istotny chyba dla kobiet, niż dla mężczyzn. Choć dla mnie jest bardzo istotny. Nie wyobrażam sobie żyć z drugą osobą i czuć, że jest ona gdzieś daleko. I nie chodzi tu bynajmniej o odległość, bo można przez jakiś czas być w związku, będąc fizycznie bardzo daleko od siebie. Mamy wreszcie różnorakie formy komunikacji, które pozwalają nam utrzymać kontakt i poczucie bliskości mimo fizycznej odległości.

Wzorem tu dla mnie jest para moich przyjaciół, którzy są ze sobą już bodajże 8 lat, a kiedy jedno z nich wyjedzie chociażby na 2 tygodnie gdzieś na delegację, oboje nie mogą wytrzymać, by nie porozmawiać ze sobą przynajmniej parę minut dziennie przez Skype. Oboje do siebie regularnie dzwonią, piszą SMS-y. Oboje czują, że potrzebują bliskości partnera, że niezbędne im jest poczucie, że ten partner jest i że nie są sami. Nie należy tego mylić z jakimkolwiek osaczeniem. To jest właśnie moim zdaniem miłość. Poczucie, że bez tej drugiej osoby obok tak naprawdę czegoś nam brakuje.

Choć nie jestem zwolennikiem zarzucania drugiej osoby uczuciami, to uważam, że regularny kontakt jest elementem bardzo istotnym. Ale sam kontakt nie wystarczy. Nigdy nie wyobrażałem sobie związku, w którym partnerzy byliby ze sobą, ale tak naprawdę z daleka od siebie. W którym obojga nie ciągnęłoby do tego, aby spędzać ze sobą czas, w jakikolwiek sposób. Czy to robiąc coś razem, czy też zupełnie niezależnie od siebie, ale blisko siebie. Na przykład można siedzieć razem przy dwóch komputerach w jednym pokoju, zajmować się swoimi sprawami, a czasem podejść i się przytulić, czy też siedzieć na tyle blisko, by czasem musnąć się ręką. Takie coś daje niesamowite poczucie bliskości, kiedy druga osoba siedzi obok, tak naprawdę zajmuje się sobą, ale cały czas czujemy, że jest. Że na nas dotyka. Że mimo koncentracji na innych zajęciach cały czas jesteśmy w jej sercu.

Poczucie równowagi

Równowaga to bardzo istotny element praktycznie w każdej sytuacji życiowej. Nie tylko w związku. Poczucie równowagi musimy mieć i w pracy i w przyjaźni. Cóż to bowiem za praca, w której jesteśmy wykorzystywani i niewiele z tego mamy? Cóż to za przyjaciel, któremu cały czas pomagamy, a na jego pomoc nie możemy liczyć? Tak samo sprawa powinna wyglądać w związku.

Ludzie generalnie dzielą się na dawców i biorców. Kiedyś jednak myślałem, że jest to kwestia indywidualnych tendencji. Z czasem jednak doszedłem do wniosku, że biorca może zmienić się w dawcę i odwrotnie. Wszystko zależy od drugiej osoby.

W związku moim zdaniem postawa biorcy i dawcy powinna być bardzo wymienna. Raz jedna strona daje z siebie dużo, a druga bierze i jest z tego powodu szczęśliwa (wreszcie po to jest z drugą osobą, by też coś od niej otrzymać, nie powinna się przed tym bronić), a potem jest odwrotnie. Jednakże sytuacja, w której jedna strona tylko daje, daje i daje, a druga albo bierze, albo ucieka od brania, zaś niewiele z siebie daje (i nie chodzi tu o dawanie byle czego, ale o dawanie tego, czego potrzebuje druga osoba — vide komunikacja), jest z góry skazana na przegraną. Wreszcie taki dawca zawsze będzie miał dość tego dawania. Każdy człowiek ma też swoje potrzeby. Czym więcej zaś daje i czym mniej otrzymuje, tym bardziej te potrzeby stają się wyolbrzymione, tym bardziej chce dostać coś w zamian. I nie chodzi tu o otrzymywanie dokładnie tego samego. Często na przykład jeden partner daje dużo wsparcia bardzo praktycznego (pomoc w różnych sytuacjach, wsparcie finansowe itp.), a w zamian oczekuje czegoś zupełnie innego, np. docenienia.

Moim zdaniem każdy związek, w którym role dawcy i biorcy nigdy się nie odwracają, w którym brak tej równowagi, nie ma szans przetrwania. Biorca z czasem nic nie dając przyzwyczaja się do tej sytuacji na tyle, że przestaje doceniać to, co otrzymuje i staje się to dla niego powszednie, nieciekawe, a w najgorszym przypadku zaczyna oczekiwać że ciągle będzie coś dostawać. Staje się rozpieszczony i jego oczekiwania rosną. Dawca zaś staje się z czasem coraz bardziej zmęczony dawaniem, sprawia mu to coraz mniejszą przyjemność. Wreszcie przestaje dawać i zaczyna oczekiwać, że coś dostaje. Jednak w takiej sytuacji dotychczasowy biorca rzadko kiedy nagle się zmienia. Raczej następuje koniec...

Wzajemne wsparcie i szacunek

Choć nie jestem miłośnikiem muzyki popularnej, to kiedyś mój przyjaciel zacytował mi pewien wyjątkowo mądry tekst zespołu Happysad:

Miłość to nie pluszowy miś ani kwiaty.
To też nie diabeł rogaty.
Ani miłość kiedy jedno płacze
a drugie po nim skacze.
Miłość to żaden film w żadnym kinie
ani róże ani całusy małe, duże.
Ale miłość - kiedy jedno spada w dół,
drugie ciągnie je ku górze.


Tu chyba więcej dodawać nie trzeba. Po co mamy partnera? Czy po to, aby był, czy też po to, aby stanowił jakieś uzupełnienie nas samych? Aby był przy nas i po naszej stronie, kiedy tego potrzebujemy?

Dla mnie kwintesencja udanego związku to sytuacja, w której wiemy, że kiedy będziemy z jakiegokolwiek powodu, w jakiejkolwiek sytuacji „w dole”, nasz partner będzie przy nas i zrobi wszystko, byśmy poczuli się lepiej. Posłucha tego, czego potrzebujemy i zrobi to dla nas, niezależnie od siebie samego. Zapomni o wszelakim swoim egoizmie, o swoich potrzebach i zauważy, że jest nam potrzebny. Tak oczywiście nie musi być cały czas, ale w sytuacjach kryzysowych absolutnie tak powinno być.

Fatalną sprawą w związku jest poczucie, że kiedy znajdziemy się w jakiejkolwiek sytuacji konfliktowej, nasz partner będzie po przeciwnej stronie. Będzie wspierał i rozumiał innych ludzi, a nie będzie wspierał i rozumiał nas. Według mnie, niezależnie od własnych opinii na dany temat, od własnego zdania, partner powinien zawsze stać przy boku swojej drugiej połówki. Może oczywiście próbować delikatnie przekonać drugą stronę do swoich racji w danej sytuacji, jeśli są one różne, ale nigdy nie powinien dać najbliższej osobie odczuć, że jest po drugiej stronie barykady. Po co bowiem partner, jeśli nie można liczyć na jego wsparcie w trudnej sytuacji, na to że będzie grał z nami w jednej drużynie?

Spójność zainteresowań i stylu życia

Znam związki, w których spójność zainteresowań jest dość mała, ale dla mnie osobiście jest to bardzo istotny element. Wreszcie związek to nie tylko robienie razem rzeczy praktycznych, ale także jakaś forma spędzania ze sobą czasu. Nie wyobrażam sobie partnerki, która słuchałaby diametralnie innej muzyki, obracała się w diametralnie innym towarzystwie, oglądała diametralnie inne filmy i czytała diametralnie inne książki. Moim zdaniem musi tu być jakaś część wspólna, niekoniecznie zainteresowania muszą się pokrywać idealnie, ale ten podzbiór wspólny powinien pozwolić partnerom na rozmowę, wymianę opinii, czy też wspólne spędzanie wolnego czasu.

Cóż to bowiem za związek, w którym z partnerem można porozmawiać jedynie o zrobieniu obiadu, sprzątaniu, czy też innych przyziemnych rzeczach, a nie można porozmawiać o muzyce, książce, nie można razem obejrzeć filmu, czy też nie można wyjść razem na imprezę?

Podobnie sprawa wygląda w kwestii stylu życia. Jeśli jeden z partnerów jest absolutnym domatorem i chce cały swój wolny czas spędzać w domu, a drugi chce ciągle gdzieś wychodzić, to pojawia się problem. Oczywiście, w tym względzie możliwe są pewne kompromisy, pod warunkiem że obie strony czerpią z tych kompromisów satysfakcję. Że sprawia im przyjemność zrobienie czegoś dla siebie nietypowego, ale ważnego dla partnera. Że na przykład osobie imprezowej sprawia przyjemność posiedzenie z partnerem i nawet po prostu pomilczenie razem, czy też domatorowi wyjście na jakąś imprezę czy do znajomych ze swoim partnerem. Część tych potrzeb mogą realizować samodzielnie, ale nie większość. Jeśli większość, to nie ma mowy o poczuciu bliskości. Wtedy żyją razem i oddzielnie, bo zakładając że oboje pracują i oboje swój wolny czas chcą spędzać w zupełnie inny sposób, to jedyne co pozostaje im wspólne to... spanie.

Podobne cele

Widziałem niestety niejeden związek, który czasem po wielu latach rozbijał się ze względu na różne cele obu partnerów. Jeśli na przykład jedna osoba jest nastawiona mocno na karierę i rozwój osobisty i nie dopuszcza zupełnie zakładania rodziny, a druga wprost przeciwnie chce związku po to by założyć wspólny dom i rodzinę, to nie widzę dla takiego związku szans na dłuższą metę.

Wspólne cele nie muszą się jednak ograniczać do rodziny czy kariery, choć jednak te rzeczy na dłuższą metę są najważniejsze. Wreszcie po wielu latach bycia razem związek trwa nie ze względu na jakieś niesamowite iskry między dwojgiem ludzi (choć nadal muszą one w jakimś zakresie być obecne, bez nich związek moim zdaniem nie ma sensu), a pojawiają się kwestie co dalej. Co będziemy ze sobą robić na starość. Czy jedna osoba chce na przykład żyć w mieście, w zgiełku, a druga na wsi w ciszy. Czy jedna osoba chce mieć dom, gromadkę dzieci i zajmować się tym wszystkim, a druga chce tak naprawdę żyć nadal tylko we dwoje i koncentrować się na rozrywce lub rozwoju osobistym. Jeśli drogi dwojga ludzi na przyszłość są bardzo rozbieżne, to prędzej czy później moim zdaniem stanie się to poważnym ziarnem niezgody, które może się okazać nie do przejścia...

Kompromisy

Może to dość wyświechtana opinia, ale zgadzam się z nią w pełni: żaden związek nie przetrwa bez kompromisów. Bez wzajemnego dostosowywania się do siebie. Dla nikogo nie istnieje ideał. Nie istnieje ktoś, kto będzie w stu procentach zgodny pod każdym względem. Dlatego też trzeba się czasem do drugiej osoby dostosować, a czasem ta druga osoba musi się dostosować do nas (patrz: równowaga).

Kluczową sprawą moim zdaniem jest tu nie sam fakt istnienia kompromisów i dochodzenia do nich, ale podejścia do tej kwestii. Jeśli będziemy postrzegali kompromis jako coś złego, jako coś co przeszkadza naszemu egoizmowi, jako cenę którą musimy płacić, to czy kiedykolwiek będziemy szczęśliwi? Jeśli się kogoś kocha, to moim zdaniem powinno się czerpać szczęście z tego, że druga osoba jest zadowolona. Moim zdaniem kompromis powinien być czymś, czego się samemu chce, co sprawia nam przyjemność. Nie wyobrażam sobie związku, w którym nie sprawiałoby przyjemności robienie przyjemności partnerowi, czasem kosztem swoim, swoich pragnień i opinii. Wreszcie po to mamy partnera, a nie po to, aby po prostu był.

Czarny scenariusz jest wtedy, kiedy co najmniej jednej stronie kompromis sprawia duży kłopot. Kiedy idąc na ten kompromis jedna strona czuje się nieszczęśliwa, bo robi coś wbrew swoim potrzebom i pragnieniom. Tylko wtedy niech ta strona zada sobie pytanie: po jaką cholerę jest w związku? Jeśli chce, aby zawsze wszystko było po jej myśli i tak jak ona chce, to niech zostanie sama na dobre. Jeśli chce czerpać pozytywne rzeczy z tego, że ma kogoś bliskiego, to niech pamięta, że ta druga osoba też chce to czerpać...

Zachowanie indywidualizmu

Mimo, że poczucie bliskości jest, jak wspomniałem, moim zdaniem bardzo ważne i mimo, że nie wyobrażam sobie sytuacji, w której partner tak dobrze czuje się sam, że nie potrzebuje ani trochę bliskości czy kontaktu z drugą osobą na co dzień, to nie wyobrażam sobie również sytuacji, w której absolutnie wszystko partnerzy robią razem i cały swój czas spędzają tylko i wyłącznie zajmując się wspólnymi rzeczami. Tu bardzo ważne jest pewne wyważenie. Będąc z kimś nie można rezygnować z siebie.

Nie wyobrażam sobie związku, w którym jedna strona, po to aby być z kimś bliskim, na przykład całkowicie zarzuca swoje pasje, hobby i robi tylko i wyłącznie to, co można robić razem. W skrajnych przypadkach oznaczałoby to na przykład, że facet nie może iść z kumplami na piwo czy pograć sobie na komputerze w jakąś grę, a kobieta nie może zrobić sobie od czasu do czasu babskiego wieczoru, czy też pomalować sobie paznokci.

Paranoją jest jednak myślenie, że indywidualizm oznacza rezygnację z bliskości. Przecież posiedzieć na komputerze można w tym samym pokoju, w którym kobieta maluje paznokcie czy ogląda kolejny odcinek M jak Miłość. Albo w pokoju obok. W reklamie czy przerwie w grze można podejść i się przytulić, chwilę porozmawiać. Te dwie rzeczy mogą ze sobą iść idealnie w parze. Zaś skrajne zachowanie indywidualizmu polegające na tym, że większość rzeczy robi się oddzielnie, bo chce się zachować swoje ja, doprowadza do tego, że nie ma w związku poczucia bliskości. Bo co to za związek, w którym większość czasu jest się daleko od siebie, nie komunikuje się w ogóle ze sobą? To nie związek a dwoje singli spotykających się na wspólną imprezę czy bzykanie. Nie nazywajmy tego związkiem...

Seks i pociąg seksualny

No i na sam koniec kwestia dość kontrowersyjna dla wielu osób. Znam niejedną osobę (przede wszystkim kobietym, ale nie tylko), które twierdzą, że mogłyby żyć w związku bez seksu, pociągu seksualnego i bliskości cielesnej. Moim zdaniem to nie jest sytuacja normalna i dowodzi temu, że osoby takie mają problem z którym powinny udać się do psychologa lub seksuologa (najprawdopodobniej wynika to ze złych doświadczeń w tej materii).

Dla mnie związek nie może istnieć bez seksu, a seks nie może istnieć bez związku (tak, wiem, że jest mnóstwo — może nawet większość osób, które potrafią rozdzielić seks od uczucia i po prostu traktować go jak rozrywkę, z osobą do której nic nie czują — nie ja, dla mnie te rzeczy są absolutnie nierozdzielne). Jednak nie chodzi tu o samo bzykanie, o samo fizyczne rozładowanie hormonów. Chodzi o poczucie bliskości cielesnej, o związek emocjonalny jaki seks tworzy między dwojgiem ludzi. Dla mnie osobiście seks, który polega na wyżyciu się i odwróceniu do siebie dupą za przeproszeniem to żaden seks. Trzeba pod tym względem mieć mnóstwo otwartości na potrzeby partnera, dograć się ze sobą, chcieć sprawiać przyjemność drugiej osobie. Sporo zależy oczywiście od doboru, ale wiele rzeczy można pokonać, mając właśnie tę otwartość.

Jednak nawet seks w połączeniu z bliskością cielesno-emocjonalną również nie wystarczy. Jeśli jeden partner nie czuje, że jest dla drugiego pociągający, że druga osoba wyraźnie ciągnie do niego, „ma ochotę”, jeśli zbliżenia zawsze inicjuje jedna strona (a czasem jest odrzucana tak naprawdę bez powodu lub z wymówkami), to prędzej czy później doprowadza to do frustracji. Do utracenia poczucia własnej atrakcyjności. I, niestety, w wielu przypadkach, do „poszukiwania gdzie indziej”, zdrady, czy też po prostu rozstania (jedni będą szukać gdzie indziej, inni stwierdzą że to co jest nie ma sensu a ich zasady i natura nie pozwalają ciągnąć dwóch rzeczy na raz).

Podsumowując...

Stworzyć dobry związek nie jest łatwo. Ja cały czas, całe życie się staram, szukam, uczę, próbuję. Niektórzy zgadzają się na brak pewnych rzeczy i nie starają się ich zmieniać. Ja wprost przeciwnie, bo wiem, że prędzej czy później jeśli pewne takie istotne aspekty zostaną pominięte, jeśli pewne rzeczy dla mnie bardzo ważne nie zostaną spełnione, związek się rozpadnie. Godzenie się na sytuację która nie do końca nam odpowiada, czy też pomijanie problemu i nadzieja, że jakoś samo się rozwiąże, to moim zdaniem droga donikąd. Braki w jakiejkolwiek materii, która jest dla nas ważna, jeśli będą pomijane a nie wypełniane, prędzej czy później wyjdą. A kiedy wyjdą po długim ukrywaniu czy odsuwaniu na bok, wyjdą w dwójnasób albo gorzej. Zawsze wychodziły...